WYNIKI KONKURSU

Drodzy!

Serdecznie dziękujemy za udział w naszym konkursie i wysiłek, który włożyliście w napisanie odpowiedzi. Czytanie ich sprawiało wielką przyjemność i we wszystkich znaleźć można było wielkie zaangażowanie autorów w pisany tekst. Zasady konkursu są jednak nieubłagane i nagrodzonych może być tylko troje uczestników. Wybór najciekawszych prac był ogromnie trudny – uwierzcie to ciężki kawałek chleba.
Ostatecznie jednak udało się wyłonić zwycięzców, którym bardzo gratulujemy.

Nagrody ufundowane przez Galapagos (dzięki!) prześlemy pocztą na podane przez Was wcześniej adresy. Będą to oczywiście, zgodnie z obietnicą, płyty DVD z filmem Creed: Narodziny legendy.

Oto zwycięzcy:
Aleksander z Wrocławia
Grzegorz z Oleśnicy
Krzysztof z Rzeszowa

Gratulujemy wygranym i dziękujemy za poświęcony czas również wszystkim uczestnikom! Do następnego!

FB: Moje Filmy na DVD i Blu-Ray
Galapagos: http://www.galapagos.com.pl/

Zadanie:
Creed: Narodziny legendy należy do cyklu Rocky. Napisz, na którym miejscu w hierarchii od najlepszego do najgorszego umieściłbyś ten film w uniwersum Rocky’ego i uzasadnij wybór (Co powoduje, że zasługuje właśnie na takie a nie inne miejsce? Co Ci się w nim podobało i nie podobało).

Poniżej zwycięskie prace:

Aleksander z Wrocławia

W historii kina było wiele przypadków, w których zarówno sequele, jak i prequele nie niosły ze sobą tak wielu, tak intensywnych emocji i nie miały tak wielkiego oddziaływania na widza jak części pierwsze. Owszem zdarzały się wyjątki w postaci świetnych serii filmowych, jak Batman w reżyserii Burtona lub Nolana, czy chociażby właśnie seria Rocky. Jednak takich filmów nie jest wcale dużo, tym bardziej warto podkreślić unikatowość filmowej serii o kultowym już dziś pięściarzu.

Zanim umiejscowię na drabinie hierarchii film Creed pozwolę sobie sięgnąć do korzeni i niestandardowo zacznę od uzasadnienia. Cofnijmy się więc do roku 1976. Mamy zimną, jesienną Filadelfię, krajobraz dość ponury jawiący się jako siedlisko wszystkiego co złe, slumsy które są pożywką dla drobnych cwaniaczków i przestępców, zawilgocone, zbudowane z czerwonej cegły dzielnice – całość sprawia wrażenie, że w takich warunkach jest się skazanym na niebyt, a co najmniej na jedno z pierwszych miejsc w łańcuchu pokarmowym. Na tle tego wszystkiego wyrasta nam jednak bohater, młody, dobrze zbudowany chłopak, który na co dzień pracuje jako „windykator długów” dla miejscowego lichwiarza, a w wolnych chwilach amatorsko boksuje, co oczywiście bardzo ułatwia mu pracę. Gdzieś na horyzoncie pojawia się też wątek miłosny, a nasz bohater z każdą minutą filmu dojrzewa na naszych oczach. Na początku widzimy człowieka który kryje emocje, a ich ujście znajduje tylko w obskurnej salce bokserskiej przesiąkniętej potem i krwią pięściarzy, pełnej oklejonych zużyciem worków treningowych, która na pozór jest jego całym światem, a jeśli jeszcze nie w tej chwili to z pewnością niebawem się nim stanie za sprawą leciwego, aczkolwiek doświadczonego trenera.

W ten sposób na oczach widza tytułowy Rocky przechodzi przemianę, ewoluuje. Mamy tu bowiem krew, pot i łzy, miłość, ciężką pracę, a na końcu sukces, być może niezbyt oczywisty, ale jednak sukces, przecież to walka z samym mistrzem Apollo Creedem, dodajmy wyrównana walka, w której jedynym prawdziwym wynikiem jest co najmniej remis. Owszem werdykt sędziów był inny, ale widz i tak wie swoje. Każdy z nas został już przecież „kupiony”, porwany i uwiedziony przez głównego bohatera, nie mamy więc szans kibicować komukolwiek innemu, bez względu na filmowy wynik. Po prostu wiemy swoje. Wiemy bo właśnie obejrzeliśmy pierwszy, najlepszy film z całej serii o Rocky’m. To historia prawdziwego fightera, który osiąga nieosiągalne. Rocky to zdecydowanie numer jeden z całej serii.

Nasz bohater w kolejnych częściach rozwija się, pokazuje nam, że nie można spoczywać na laurach, że oprócz pieniędzy liczy się też przyjaźń, rodzina i zaufanie bliskich, dzięki którym człowiek zdolny jest do wielkich rzeczy. Z każdym kolejnym filmem obserwujemy nie tylko radość ze zwycięstw, ale również doświadczamy wraz z Rocky’m goryczy porażki, bólu związanego z utratą przyjaciół, chwil zwątpienia i załamania. Nasz bohater bywa wspaniały i pełen pychy zarazem, cierpi z powodu przegranej, by chwilę później po ciężkiej pracy na sobą wstać z kolan i zawalczyć w imię rewanżu i międzynarodowej przyjaźni mocarstw pokonując wielkiego w sensie dosłownym i w przenośni Ivana. Tak dochodzimy do jak dotąd ostatniej części o legendarnym bokserze, filmu Creed: Narodziny Legendy.

Creed to moim zdaniem najlepsze z możliwych zwieńczenie całej sagi. Widzimy tu doświadczonego boksera na sportowej emeryturze, prawdziwą legendę sportów walki, który przeżył już wszystko, jest spełniony życiowo, mimo że kiedyś stracił cały majątek. Nie tęskni jednak za szybkim sportowym samochodem, którym niegdyś mkną ulicami nocnej Filadelfii, czy robotem serwującym drinki, on jest już ponad to, wydawać by się mogło, że brak mu tylko ukochanej żony. Obserwujemy Rocky,ego pogodzonego z losem, aczkolwiek nadal pełnego charyzmy i tego czegoś co było widoczne w pierwszej i kolejnych częściach – oka tygrysa.

W filmie Creed: Narodziny Legendy to Rocky, jako trener może przekazać całą swoją wiedzę innemu zbuntowanemu młodzianowi, zupełnie tak samo jak i on przed laty mógł skorzystać z wiedzy Mickey’a. Historia zatoczyła koło i teraz Sly może się odwdzięczyć swojemu zmarłemu przyjacielowi Apollo i poprowadzić jego syna do zwycięstwa, kierując jednocześnie na właściwą drogę, plewiąc uzasadniony bunt i żal z powodu braku ojcowskiej ręki i wsparcia, na które Adonis nigdy nie mógł liczyć. Od pierwszej części filmowej sagi, nasz Sly dojrzewał zarówno jako bohater, jak i aktor, w ostatnim jak dotąd filmie widzimy prawdziwy kunszt gry aktorskiej w wykonaniu Sylvestra Stallone. Creed pokazuje nam że droga wojownika nigdy się nie kończy, a prawdziwym zwycięzcą jest się w każdej dziedzinie życia. Filmowy Rocky stawia znak równości między walką z własnymi słabościami, walką na ringu z przeciwnikami mocniejszymi od siebie, a w kulminacyjnym momencie walką z ciężką chorobą. Taki właśnie jest „Creed”, który w moim rankingu ma zdecydowanie drugie miejsce, a to tylko dlatego, że „Rocky” nigdy nie przegrywa;)

 


Grzegorz z Oleśnicy

Seria Filmów o Rockym Balboa zapisała się złotymi zgłoskami w historii kina. Świetny Rocky z 1976 roku zapoczątkował wielką karierę Sly’a i już na starcie dał mu nominację do Oscara.

Historia podrzędnego boksera nie mogącego odnaleźć się w życiu była po części odbiciem tego co działo się prywatnie w tamtym czasie w życiu Sylvestra. On też był niedoceniany i do osiągnięcia sukcesu musiał dojść ciężkim poświęceniem i pracą. Nikt w niego nie wierzył. W filmie scena w której Rocky traci szafkę w sali u Mickey’a, który stwierdza że nie poświęca się treningom wybierając odbieranie długów na zlecenie podrzędnego lichwiarza jest swego rodzaju otwarciem sagi. To pierwszy impuls, który daje Rockyemu do myślenia, że marnuje swoje życie.

Propozycja walki z Creedem otwiera wielką szansę przed Rockym. Może w końcu pokazać, że ma coś do zaoferowania. Ciężkie treningi z Mickiem, który oferuje mu swoją pomoc dają efekt. Pomimo to noc przed walką bohater przeżywa kryzys, wątpi w siebie. Scena w której na sali gdzie ma odbyć się walka Rocky stwierdza,że na plakacie reklamowym ma inny kolor spodenek, a promotorów nic to nie obchodzi, dopełnia po części wątpliwości boksera. Pomimo to toczy heroiczny bój z Apollo, walkę również z samym sobą. Pomimo porażki staje się mentalnym zwycięzcą, dzięki temu odzyskuje szacunek do samego siebie.

Film jest świetnym otwarciem serii, ale wg mnie nie jest to najlepsza część historii.

Rocky 2 z 1979 roku to moim zdaniem lepszy film. Scenariusz jest bardzo dobry.

Po rekonwalescencji Rocky wraz z Adrian, którą poślubia, stara się czerpać z życia pełnymi garściami. Pieniądze jednak szybko się kończą. Na jaw wychodzą poważne braki w wykształceniu Rockyego. Nie mogąc znaleźć ambitnego zajęcia bohater pogrąża się w depresji. Nie pomaga mu również ciągła prowokacja ze strony Apollo, który twierdzi, że Rocky miał szczęście i drugą walkę przegrałby z kretesem. To sprawia, że bohater zaczyna toczyć wewnętrzną walkę. Z jednej strony chce skończyć z boksem i dotrzymać słowa danego żonie, z drugiej jednak odczuwa ogromną złość, że nie może zapewnić rodzinie dobrych warunków. Pomimo protestów żony decyduje się wrócić do boksu i podjąć rękawicę rzuconą przez Apollo. Nie może jednak skoncentrować się na treningach wiedząc, że robi coś wbrew woli Adrien. Dodatkowe komplikacje w przebiegu ciąży i śpiączka żony sprawiają, że Rocky poddaje się, rezygnuje z treningu. Gdy Adrian wraca do zdrowia i prosi Rockyego żeby wygrał jest moją ulubioną sceną z całej serii. Balboa uzyskując aprobatę żony szybko odzyskuje formę. Robi to dla rodziny. Wie, że nie dostanie więcej takiej szansy. Swoją determinacją pokonuje Creeda, który w końcowych scenach uznaje wyższość swojego przeciwnika.

Rocky 3 z 1982 roku ukazuje już naszego bohatera w blaskach fleszy. Jest mistrzem, wielokrotnie broni tytuł. Traci jednak w pewnym momencie swój instynkt, nabiera ogłady, przyzwyczaja się do wygód. Lekceważy przez to przeciwnika i traci pas. Po przegranej walce jego trener umiera na serce. Rocky obwinia się za jego śmierć i załamuje się. Wtedy z pomocą przychodzi jego dawny rywal Apollo, oferuje mu pomoc w treningu,mimo to Rocky w dalszym ciągu nie może wrócić do spokoju duszy. Po szczerej rozmowie z Adrien postanawia odzyskać pas, odzyskuje wiarę w siebie. Walka kończy się sukcesem już po trzech rundach. Rocky triumfuje. Na marginesie to jedyna część w której nasz bohater nie ma zmasakrowanej twarzy po walce. Film wyróżnia się kultową dzisiaj piosenką zespołu Survivor. Mimo to w mojej ocenie ten obraz zajmuje dopiero 6 miejsce.

Rok 1985 to Rocky 4. Po części schemat się powtarza. Tym razem umiera Creed. Rocky obwinia się o jego śmierć. Jest jego sekundantem w walce pokazowej przeciwko Rosjaninowi ( pierwsza rola doskonałego Dolpha Lundgreena). Widząc przebieg walki Rocky nie poddaje Apolla, który ostatecznie umiera na ringu. Rocky postanawia pomścić przyjaciela. Zrzeka się pasa mistrzowskiego i odlatuje do Rosji aby tam zmierzyć się z Ivanem Drago. Robi to wbrew woli żony, która obawia się o jego życie. Znowu ciężkie treningi i poświęcenie pozwalają Rockyemu wygrać. W filmie jest mnóstwo aluzji do toczącej się w tamtym okresie zimnej wojny pomiędzy Usa i Rosją. Wg mnie film jest zbyt krótki, przez aktualny temat nastawiony na szybki zarobek. Pomimo to za świetną muzykę i odkrycie Dolpha Lundgreena przyznaję mu 5 miejsce.

Rocky 5 z 1990 roku to najsłabszy film całej serii. Rocky traci zdrowie, nie może już walczyć, bankrutuje i wraca z rodziną do starej biednej dzielnicy. Dodatkowa utrata zaufania syna, któremu nie poświęca dużo czasu dopełnia obrazu rozpaczy. Rocky chcąc przekazać swoją wiedzę innym trenuje młodego obiecującego boksera Tommyego. Ten jednak po osiągnięciu sukcesu odwraca się od niego i wyzywa na ring. Rocky odmawia co doprowadza do ciekawej konfrontacji na ulicach Philladelphi. Nie wiem dlaczego ten film miał zakończyć serię. Ukazuje Bohatera jako człowieka któremu oprócz miłości rodziny nic nie pozostało, nie wiadomo jaka przyszłość czeka Rockyego. Z pewnością nie takiego zakończenia spodziewali się widzowie.

Dlatego Rocky Balboa z 2006 roku był potrzebny. To jest doskonały film. Moje miejsce nr 2. Rocky po latach jest starszym człowiekiem po przejściach. Odczuwa w kościach wszystkie stoczone walki. Stallone który jest scenarzystą i reżyserem obrazu pokazuje bohatera jako osobę której sława przeminęła, Rocky nie może do końca się z tym pogodzić. Ponadto jego żona już nie żyje a z synem ma słaby kontakt. Pomimo lat na karku bokser dostaje propozycję walki o pas. Coś co dla wielu wydaje się absurdem, staje się dla Balboy szansą na przypomnienie o sobie społeczności i pokazanie, ze wiek nie jest przeszkodą w spełnianiu założonych sobie celów. Trening i poświęcenie pozwalają Rockyemu z honorem pożegnać się ostatecznie z ringiem. W filmie sceny pojedynku są nagrane w bardzo realistyczny sposób. Słowa które Balboa wypowiada w rozmowie z synem: ”Nie ważne ile ciosów zadasz, ważne ile jesteś w stanie przyjąć i iść dalej” to moje życiowe motto.

W końcu w 2015 roku powstał Creed. Doskonała rola Stallone nie umknęła uwadze krytyków. Złoty Glob i nominacja do Oscara w pełni odzwierciedlają poziom który Sylvester zaprezentował w tej produkcji. W tym filmie Rocky trenuje nieślubnego syna Apollo Creeda. Ma już poważne problemy ze zdrowiem, które pogłębiają się w momencie gdy dowiaduje się że ma raka. Przez pewien czas ukrywa ten fakt lecz w końcu coś w nim pęka. Obawia się chemioterapii, pamiętając jak działała destrukcyjnie na jego żonę. Film pokazuje, że nic nie trwa wiecznie i wszystko musi mieć swój koniec ale czas który pozostał należy w miarę możliwości starać się wykorzystać jak najlepiej. Rocky to robi, trenuje młodego Creeda, przekazując mu całą swoją wiedzę. Widzi w nim siebie z czasów młodości. Chce w pewnym sensie aby Creed kontynuował jego dzieło, aby coś oprócz syna, który mieszka daleko od niego i nie ma o nim praktycznie mowy w filmie po nim pozostało. Pomimo ciężkiej choroby Rocky ani na chwilę nie odpuszcza i gdy tylko może poświęca się w całości swojemu podopiecznemu. W końcu doprowadza Creeda do walki z super groźnym przeciwnikiem, przegranej ale ukazującej swojego zawodnika z cechami i pasją którą prezentował na ringach sam Balboa. Creed Narodziny Legendy to bardzo dobry film. Pomimo tego, że rola Rockiego jest w tym obrazie drugoplanowa jest to bardzo udane zakończenie serii. W pełni uzasadniony zachwyt krytyki spowodował deklaracje producentów i samego Stallone o planach kontynuacji serii. Jednak wg mnie na tej części saga o bokserze z Philladelphi powinna się już zakończyć. Zdobycie ważnych nagród w 40 lat po premierze pierwszej części stanowi doskonałą klamrę i zamknięcie. Kolejna część byłaby już niepotrzebnym powielaniem schematów z wcześniejszych produkcji.

Podsumowując każda część wnosi do serii niezbędny element który spaja całość. Dodatkowo należy zauważyć, że ścieżka dźwiękowa w każdym z filmów jest wybitna. Utwory są dobrane i skomponowane w sposób doskonale odzwierciedlający przedstawioną aktualnie na ekranie scenę.

Dzięki tej muzyce seria nabiera dodatkowych walorów.

Mój osobisty ranking to:

  • Rocky 2
  • Rocky Balboa
  • Creed Narodziny Legendy
  • Rocky
  • Rocky 4
  • Rocky 3
  • Rocky 5

Stallone rolą Rockyego przekazał widzom bardzo ważną wiadomość. Ciężką pracą, determinacją , poświęceniem i nieustępliwością możemy osiągnąć wszystko czego zapragniemy, a każda porażka czyni nas silniejszymi i mądrzejszymi, pod warunkiem, że potrafimy wyciągnąć z niej wnioski.

 


Krzysztof z Rzeszowa

Na pierwszym miejscu w mojej hierarchii jest oczywiście pierwszy Rocky. Prawdziwy klasyk. Inspirujący i budujący. Potrafił prawdziwie natchnąć miliony. Na drugim miejscu umieszczam Rocky 2 jako uzupełnienie pierwszej części. Wciąż lata 70-te, podobny klimat, młody Stallone. Niejako przedłużenie pierwszej części, choć już bez – nie boję się powiedzieć – mądrości „jedynki”. Na najniższym stopniu podium znajduję miejsce dla szóstej odsłony sagi czyli Rocky Balboa. Niestety w dzisiejszych czasach sentymentalizm jest wyśmiewany i deprecjonowany. Ja jestem sentymentalny i ta część Rockiego także. Znakomite zwieńczenie cyklu, piękna klamra zamykająca filmowe losy Balboy. Podobnie wiec do wielu fanów miałem wątpliwości czy realizacja Creeda to dobry pomysł. Zwiastuny i opinie krytyków dawały wielkie nadzieje i nie mogłem się doczekać premiery. Jednak opuszczając salę kinową towarzyszyły mi uczucia jakich się nie spodziewałem. Po seansie pozostałych części sagi (może wyłączając „piątkę”) rozpierała mnie pozytywna energia. Myślałem, że do mojego mieszkania wbiegnę niczym Rocky po swoich słynnych schodach, a tymczasem kino opuściłem smutny. Creed to dla mnie bardzo smutny i przygnębiający film i mimo, że technicznie nic nie mogę mu zarzucić to nie jestem pewien czy realizacja tego obrazu to był dobry pomysł. Ciężko się patrzyło jak Rocky z trudem wchodzi po schodach w ostatniej scenie. Pokazywanie bólu, walki z chorobą, starości na przykładzie niezłomnego, podziwianego na przestrzeni wielu lat bohatera było naprawdę przygnębiające. Lubię sequele i na kolejny o Rockym pójdę na 100%, ale mam wrażenie, że twórcy w pewnym aspekcie trochę się pogubili. Jeśli nie uśmiercili bohatera to czy teraz będzie kolejnych kilka części z cudownie ozdrowionym Rockym? Tym bardziej twierdzę, że szósta część w wielkim stylu zamykała cały cykl. Plusów Creeda oczywiście jest wiele. Wyborne aktorstwo ze Stallonem na czele, znakomicie sfilmowane walki w których naprawdę czuć potężną silę uderzeń walczących. Umiejętnie dopasowana muzyka nawiązująca do poprzednich części i wiele innych nawiązań, które szczególnie muszą cieszyć zagorzałych fanów serii do jakich się zaliczam. Mimo moich wątpliwości Creed to cały czas wielkie kino, do którego będę wielokrotnie wracał. W mojej hierarchii znajduje się na czwartym miejscu więc w środku stawki, ale to przede wszystkim ze względu na niesamowicie wysoko postawioną poprzeczkę przez poprzednie odsłony. Uważam, że Creed to jeden z tych filmów które trzeba znać.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *